poniedziałek, 20 listopada 2017

Kochać to co stare, podążając za tym co nowe


   Kiedy człowiek jest młody wydaje mu się, że wszystko   zaczyna się od niego, że będzie tworzył nowe i  zmieniał to, co stare, z zapałem podejmuje nowe wyzwania myśląc, w duchu: teraz będzie o wiele lepiej, nowocześniej. I może taki jest przywilej młodości....
  Nabierając doświadczenia, widzi, że nie jest znowu taki nowatorski jakby chciał, że pewne rzeczy były już przed nim, a jak jest uczciwy to musi powiedzieć, że ci wcześniej robili to często  lepiej, szybciej, byli bardziej odważni, twórczy, bezinteresowni, on jest nowatorski  tylko w niektórych elementach, o ile jest. Ponieważ prawdziwi reformatorzy zdarzają się bardzo rzadko.

   Zawsze mnie zdumiewał mnie fakt, dlaczego młodzi w pewnym gimnazjum,  bardzo lubili słuchać opowieści świadków i prosili aby ich zapraszać. A kiedy zaczynałam opowiadać przykłady życiowe minione, słuchali z otwartą buzią.
  Tradycja, historia, daje nam poczucie przynależności do czegoś więcej niż my sami, daje nam możliwość uczestnictwa, w tym co dawne, uczy nas dumy i miłości do wieków minionych.

 Bardzo mocno to odczułam, kiedy czytałam o szkołach urszulańskich w dwudziestoleciu międzywojennym, miałam wrażenie, że to wszystko było wczoraj, a duma, zaciekawienie i radość oraz świadomość, że zmagano się z podobnymi problemami na sposób swojej epoki,  wydawały mi się czymś naturalnym i bardzo życiodajnym...

  Myślę, że coś podobnego jest w  tworzeniu drzew genealogicznych, odkrywaniu historii własnej rodziny, rodu lub dbania o zdjęcia i pamiątki rodzinne, w powstawaniu muzeów i pomników. 
W ten sposób tworzymy pamięć, o czasach minionych, z których czerpiemy siłę do czasów obecnych. 

 Odrzucając bezrefleksyjnie to co było, pozostajemy wykorzenieni, bez punktu odniesienia i nie mamy na czym budować, brak przynależności do tradycji, kultury i historii, swoich małych i wielkich miejsc, czyni nas sierotami, wyobcowanymi lub ludźmi niewiele rozumiejących, z tego co dzieje się tu i teraz, zadufanych we własny geniusz lub postęp ludzkości.

  Nie chodzi o to, aby być niewolnikiem  tradycji,  kurczowo się jej trzymając jako jedynej słusznej prawdy lecz, aby znając i szanując tradycję i kulturę, być otwartym na wyzwania współczesności, podążać za postępem, jak mawiały wybitne urszulanki w dwudziestoleciu międzywojennym, nie zatracając tego co jest istotą, ponieważ często w imię postępu, tracimy istotę i wyrazistość, starając się za wszelką cenę upodobnić do nowoczesności, nie pytając o sens i znaczenie, tego co przyjmujemy. 

 Czerpać z bogactwa minionych pokoleń, z odwagą podążając naprzód, rezygnując z tego, co zbyt nas ogranicza, w ufnym pełnieniu naszych zadań życiowych i społecznych, odpowiadając na potrzeby współczesnego człowieka i świata, w łączności z minionymi wiekami, na nowy sposób, możemy tutaj użyć słów świętej Anieli Merici interpretując je w szeroki sposób: Trzymajcie się starodawnej drogi Kościoła i żyjcie życiem nowym.


  
Obóz harcerski w dwudziestoleciu międzywojennym. Uczennice urszulańskie. Autor zdjęcia nieznany.

środa, 15 listopada 2017

Czy modlitwa mnie przemienia?


   Zadałam sobie to pytanie zainspirowana sugestią Mocnych w Duchu napisaną na Facebooku. Z  zachwytem patrzę   na tych  charyzmatyków, na ich żarliwość, poświęcenie, liczne zaangażowania ... Jest to jakiś znak czasu, bez wątpienia, czy nam się to podoba czy nie. 

 W sumie trzydzieści lat się modlę, w miarę systematycznie i nie mało, czy charakteryzuje mnie taka żarliwość, czy potrafię z taką łatwością mówić o rzeczach Bożych? 
Otóż stwierdzam ze smutkiem, że nie umiem mówić o osobistym doświadczeniu spotkania z  Panem Jezusem, ponieważ obawiam się być uznaną za nawiedzoną, że powiedzą mi, tak mówisz, a jak żyjesz? 

Tak, tak, żyjąc w zakonie nie jestem święta i mam swoje wady i są one szczególnie widoczne dla tych którzy żyją ze mną na co dzień.
No ale co z ta modlitwą? 
  Mam swoje dwa momenty w życiu modlitwy, które naznaczyły mnie szczególnie, to trzydziestodniowe rekolekcje św Ignacego, które odprawiałam dwa razy, raz na początku życia zakonnego i drugi po czterdziestce, czyli  w połowie. 

 Pierwsze spotkanie było porządkujące, wyznaczające kierunek, dało mi posmakować bycia blisko Pana, nauczyło życia w przyjaźni ze Słowem, zapoczątkowało poznawanie siebie. Drugie przeżyłam jako wylanie Łaski Bożej, wszechogarniającej, mówiącej do mojego serca, żadne słowo nie jest w stanie tego wyrazić, wydawało mi się, że mogłabym wiecznie się modlić przebywać z Panem. Nadało ono nowy wymiar  i spojrzenie mojemu życiu.
  Chciałam to doświadczenie dzielić z innymi i tak trafiłam do  Odnowy w Duchu Świętym. Dzisiaj z podobnym doświadczeniem spotykam się wśród moich sióstr. 

 W moim przypadku, przemiana, to powolny i systematyczny proces, może za wolny, jednak dzięki modlitwie doświadczam umiejętności przebaczania,  wolności wewnętrznej, większej zdolności do bezinteresownego kochania i siły do walki o siebie i drugiego człowieka ...
 Gdybym przestała się modlić, czyli utrzymywać więź z Panem, moje życie straciłoby sens.

   Dzisiaj, tak to odczytuję, przyszedł czas, aby uczyć się mówić pobożnie z odwagą, niezależnie od tego, co inni o mnie powiedzą i pomyślą. Moją tarczą i siłą jest Pan i On mi ciągle na nowo to pokazuje.                

sobota, 11 listopada 2017

Modlić się znaczy tracić siebie


   Kiedy podejmujemy decyzję, że chcemy rozwijać się w relacji z Panem Bogiem, na drodze modlitwy, wyrażamy zgodę na to, że dajemy przystęp do życia Panu Jezusowi, że to, co dla nas cenne, drogie najważniejsze już nie należy  do mnie ale do Pana.
 Rozumiem przez to, że nie spędzamy na modlitwie tylko chwil pełnych uniesień i dobrego samopoczucia ale godzimy się czasami na walkę, na pustkę, na oczekiwanie. Na to,że będą momenty, że nic się nie będzie działo i że nic nie czując  będziemy obecni. 
 Jednak tym co jest najtrudniejsze w modlitwie, to  tracenie własnego ja, siebie samego...

 Tutaj tracimy dotychczasowe wyobrażenie o Bogu, o sobie, o drugim człowieku. Chcąc być prawdziwym przed Panem, musimy przyznać z pokorą, że nie rozumiemy, że się boimy, że nie radzimy sobie w wielu momentach i przychodzimy z własna słabością. Ta wyjątkowa relacja obnaża w nas człowieka słabego.
 Kto z nas chce być człowiekiem słabym? Raczej chcemy być panami własnego losu, chcemy mieć wpływ i rozumieć, mieć poczucie mocy. 

U świętego Pawła czytamy,że Pan powiedział mu: Wystarczy Ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się dokonali. 2 Kor 12,9  
A  jeszcze wcześniej  Pan Jezus w kazaniu na górze powie: Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebie. Mt 5,3

  Uznanie własnej słabości jest stratą wyobrażenia o sobie...Mieć wszystko u Boga, do tego potrzeba nieraz długich godzin walki i świadomych wyborów. Jeśli czasami boimy się wejść na drogę stałej modlitwy, to dlatego, że wzywa nas ona do rezygnacji z  egoizmu, do bezinteresowności, do ofiarności, do oddania swojego życia i czasu innym, do zaangażowania, jednym słowem do  miłości, lepiej, bardziej, mocniej, oto stały refren modlitwy, aby kochać tak jak Jezus nas kocha.

 W modlitwie nie chodzi o osobistą korzyść, ponieważ jesteśmy spokojniejsi, pogodzeni ze sobą, z Bogiem i z innymi, napełnieni radością i entuzjazm, chodzi o bycie dla Boga i innych, bez osobistych korzyści. Modlitwa jest intymnym spotkaniem z Bogiem dla innych nie dla siebie.

     Modlitwa, która jest wyrazem naszej wiary  
  Modlitwa, która przemienia nasze życie dlatego, że jesteśmy       gotowi je stracić.
  Modlitwa, która jest pragnieniem Boga i spotkaniem z Nim
  Modlitwa, która jest naszą wiernością codzienną
  Modlitwa, która jest darem Pana
  Modlitwa, która jest kochaniem
  Modlitwa jest stratą siebie, aby mógł zajaśnieć Chrystus.
 
   
              Zdjęcia zrobiła s. Joanna Żuk, podczas                 Urszulańskich Dni Młodych, w Poznaniu 2017 r.

piątek, 3 listopada 2017

O modlitwie do Jezusa cz.II.

  Kontynuując wątek o modlitwie, chciałabym odnieść się do faktu, że modlimy się do Jezusa.

 Nigdy wcześniej nie rozumiałam tak jasno, że często mamy problem z modlitwą, bo modlimy się do jakiegoś Boga i sami naprawdę nie wiemy do kogo, do tego nic nie czujemy i łatwo się zniechęcamy.
  Jednak to w  Jezusie, spotykamy Ojca i Ducha Świętego, czyli całą Trójce Świętą.

  Abyśmy mogli pozostawać z kimś w relacji 
( mam na myśli modlitwę), potrzebujemy tego Kogoś poznać, być Nim.
 Jezusa najłatwiej  poznać, czytając Pismo Święte, a konkretnie, Ewangelie, bycie przy Słowie Bożym, ze Słowem Bożym, bycie z Jezusem, smakowanie Słowa, rozmiłowanie się w Słowie...Niezależnie od uczuć.
Praktyka czyni mistrza, jak mówi stare porzekadło, stąd potrzeba systematyczności w czytaniu Pisma Świętego, aby rozmiłować się w Jezusie, który jest Słowem.

  Czytając Ewangelie poznajemy Jezusa jako kogoś pełnego miłości i współczucia, wychodzącego na przeciw ludzkiej biedzie i grzechowi, widzimy jak zachęca nas do przebaczania zawsze, jak uczy nas miłości nieprzyjaciół, bezinteresowności całkowitej aż po krzyż, służby i zaparcia się siebie, w kochaniu drugiego człowieka. Ten  sam Jezus doświadcza gniewu, lęku i bólu. Taki jest nasz Bóg. Bliski i daleki w swojej świętości.

   Chodzi o to, aby odkryć Jezusa osobiście w modlitwie, aby odnaleźć Go w swoim życiu, zaprosić  do swojego życia, takiego jakim ono jest dzisiaj, aby tam Go spotkać. 
  
  Stając przy  Bogu, poznanym w Ewangelii,  z otwartym sercem, konfrontujemy się z naszym życiem, jesteśmy zapraszani, aby spojrzeć na siebie w prawdzie, na to kim my jesteśmy, z całą  naszą dwuznacznością, niedojrzałością i grzechem, bo  jak mówią znawcy życia duchowego, nie możemy, naprawdę kochać innych i Pana, jeśli nie będziemy znali siebie, nie po to, aby się odrzucić, potępiać lecz, aby znaleźć uleczenie i ukojenie w Panu Jezusie. 

 To jest pokora chrześcijańska, wiedzieć, że jestem człowiekiem słabym, grzesznym ale zbawionym, kochanym przez Boga samego, dlatego zdolnym do wielkich rzeczy.

  Tego uczy nas Jezus na modlitwie,  odkrywania miłości Boga do grzesznika i tego kim jest Ten Bóg. Naszym zadaniem jest pozwolić się Bogu kochać.
  On poprowadzi nas na drogach naszego życia, może nie zawsze tak jak my sobie zaplanujemy, wymyślimy, wymarzymy ale  On będzie zawsze przy nas, ze swoją Miłością, inny, zaskakujący, piękny, bliski i daleki. Jezus Chrystus nasz Pan i Zbawiciel
  Tak więc, Bóg jest w nas, w najgłębszym wnętrzu naszej istoty. Obecny, żywy, kochający i działający. Tam nas wzywa. Oczekuje nas właśnie tam, abyśmy się z Nim zjednoczyli.     
 Sto listów o modlitwie. Henri Caffarel

   
   

   

niedziela, 29 października 2017

O modlitwie cz.I. Początek

      Od jakiegoś czasu noszę się z zamiarem, aby napisać coś o modlitwie, mam nadzieję, że uda mi się to zrobić w kilku częściach, ponieważ nie wydaje mi się, aby można było temat wyczerpać w jednym wpisie.

   Dlaczego się modlę? Bo modlitwa  daje mi siłę i życie, bo na modlitwie znajduję motywację do podejmowania wielu spraw i wydarzeń, bo tam uczę się kochać każdego dnia na nowo, bo jest dla mnie koniecznością życiową jak tlen.... 

Dlatego chcę się z wami podzielić tym co dla mnie jest tak istotne w życiu....Zaczniemy od tego jak to jest na początku?

   Aby zacząć się modlić  potrzebujemy mieć pragnienie spotkania Boga, lub pragnienie poznania Go..., nie jest ważne czy jesteśmy święci czy grzeszni, mieć pragnienie, bo od szlachetnych  pragnień wiele dobra  się zaczyna. 

   Często się modlimy ponieważ czegoś od Boga oczekujemy, jest nam źle, doświadczamy bólu, cierpienia, niesprawiedliwości lub innych ciężarów, my lub nasi bliscy, prosimy o pomoc, o wysłuchanie, interwencję w potrzebie i dobrze, że tak jest. 

  Jednak jest to tylko część naszej wiary, naszego życia z Bogiem. Ponieważ Pan Jezus   nie jest instytucją usługową, która spełnia nasze oczekiwania, chociaż czasami, abyśmy się do niego zbliżyli pozwala nam tak siebie traktować, no może nie czasami ale bardzo często. To o co chodzi? Zapyta ktoś.

  Niektórzy z nas wynoszą z domu praktykę modlitwy porannej i wieczornej tzw pacierz..., niektórzy mają praktykę codziennego czytania Pisma świętego, a niektórzy lubią codziennie odmawiać różaniec, inni znowu  lubią się modlić swoimi słowami, wtedy kiedy im się to spodoba. Każda forma nawiązania kontaktu z Panem jest dobra, bo modlitwa to nawiązanie kontaktu, to bycie przy..., to tak naprawdę nawiązanie relacji. A każda relacja wymaga starań i wysiłku.

 Dzisiaj chciałabym napisać o początkach tej relacji . 
Aby mogła zaistnieć relacja potrzebny jest stały kontakt, w przypadku Pana Jezusa systematyczny.
Warto pamiętać, że nie modlimy się do jakiegoś Boga ale do Osoby Jezusa Chrystusa.
Jeśli zdecydujemy się na systematyczną relację to:
  •  Nie zaczynaj od razu od godziny, pół ale od 15 minut ale codziennie
  • Najlepiej w oparciu o Ewangelię przeznaczoną na dany dzień (możesz znaleźć aplikację Pisma Świętego, która będzie zawierała te czytania, polecam też: https://modlitwawdrodze.pl/, zachęcam jednak do sięgania po Biblię papierową).  
  • Każdego dnia w wybranym i stałym miejscu w domu, w pozycji, która pomoże Ci się skupić, proponuję siedzącą postawę, możesz zapalić sobie świeczkę, proś Pana, aby dawał Ci swojego Ducha i prowadził w modlitwie.
  •  Powoli i w skupieniu, czytaj tekst i pytaj co on wnosi do Twojego życia, co mówi do Ciebie, do czego  zaprasza lub czego nie rozumiesz, rozmawiaj z Panem na temat tego tekstu, opowiadaj mu o swoim życiu, takim jakim ono jest,czym żyjesz, co cię smuci i cieszy, bądź przez 15 minut i pilnuj tego czasu.
  •  Systematyczność w modlitwie pomoże ci rozpalić serce. Jeśli nie chcesz czytać Pisma Świętego, to daj Panu ten czas  według własnego pomysłu i porywu serca 15 min na początek ale codziennie. 
   Czy już  podjąłeś decyzję, że chcesz budować tę jedyną i niepowtarzalną relację z Panem, a może czytając ten wpis uśmiechasz się, myśląc o swoich początkach modlitwy, może zechcesz podzielić się z nami w komentarzu, czym  dla Ciebie jest modlitwa?      


     

niedziela, 22 października 2017

Spotkać Jezusa.


  Czasami  pytam moich uczniów jak ma na imię Bóg chrześcijan? Konsternacja...Po odpytaniu o imię w  innych wyznaniach, gdzie zazwyczaj pada poprawna odpowiedź, oznajmiam im, że nasz Bóg ma na imię Jezus i widzę szczere zdziwienie na ich twarzach... Ale moje  jest po stokroć większe, że dla nich to tak bardzo odległa prawda...


 W jakiego Boga wierzymy? O jakim Bogu dowiadujemy się i uczymy na religii? To są pytania, które stawiam sobie, przygotowując grupę pięćdziesięciu osób do Bierzmowania....

  W czasach mojej młodości, pytaliśmy czy Jezus naprawdę istniał? Skąd o tym wiemy? I na religii dowiadywaliśmy się o pozostawionych, spisanych dowodach mówiących o Jezusie....
Dzisiaj kiedy chciałabym przytoczyć dowody na istnienie Jezusa, w twarzy i pytaniach moich uczniów czytać mogę, skąd mam wiedzieć, że mówisz prawdę?

 Jeśli wiara cieszy się zainteresowaniem młodych to między innymi dlatego, że można czegoś doświadczyć, coś przeżyć i wtedy być pewnym, że Bóg jest i myślę, że stąd pojawia się wiele pytań dotyczących Ducha Świętego.

Wydaje mi się, że to  doświadczenie jest początkiem drogi, bowiem następnym   krokiem jest  pytanie, co to za Bóg?  
 I myślę, że tu zaczyna się droga do poznania  Jezusa przez Ducha Świętego. Ponieważ to Jezus posyła nam swego Ducha  który nas wszystkiego nauczy i przypomni nam wszytko, co  powiedział.
 por J 14,26. 

 To Duch Święty nas uczy, że Jezus jest Panem, bo nikt nie może bez pomocy Ducha Świętego powiedzieć, Panem jest Jezus 1 Kor 12,3.
  Chrystus dlatego jest Panem, że umarł za nasze grzechy i zmartwychwstał dla naszego usprawiedliwienia. 
Wypowiedzieć zdanie, że Jezus jest Panem, znaczy  nadać sens swojemu życiu, uznać  w sposób wolny za mojego Zbawiciela, Wodza, Nauczyciela, który jest Panem mojego życia, ponieważ dla nas istnieje jeden Bóg i Ojciec, od którego wszytko pochodzi i dla którego my istniejemy,  Jezus Chrystus, przez którego wszystko się stało  por 1 Kor 8,(5-6)

 Postawić wszystko na Jezusa, aby doświadczyć mocy Ducha Świętego, w tej mocy poznać  Zmartwychwstałego, który ciągle jest kimś żyjącym i istniejącym, nie jest odległy, nie żył kiedyś, nie jest ideologią...
Ale jak możemy go poznać?
 Myślę, że pierwszym korkiem jest pragnienie  spotkania Boga Żywego, On nas poprowadzi do Biblii, 
czytania  Słowa Bożego ( Starego  i Nowego Testament) w świetle Jezusa, do modlitwy, w której Duch Święty będzie się modlił  w nas  i do  Eucharystii -  gdzie będzie nas przekonywał Duch Święty, o uobecnianiu się na ołtarzu ciała i krwi Chrystusa i będziemy mogli  zrozumieć, że to za mnie została przelana krew i rozpoznamy Pana.
  
Poznać Jezusa to znaczy mieć więź z Bogiem osobowym konkretnym, który nas wzywa, umacnia, prowadzi,  do źródeł wód życia, abyśmy coraz bardziej odkrywali Jego pełnię Miłości w radości i służbie.  
Jezu, daj nam  pragnienie spotkania Ciebie żywego i prawdziwego w mocy swego Ducha.  

niedziela, 15 października 2017

Wartość celibatu

Foto: Pexels
  Księża nie żyją tak jak myślicie... donosi jeden z nagłówków popularnego portalu internetowego i o czym traktuje? O braku celibatu wśród księży....Na  portalach internetowych, co jakiś czas czytam sensacje o braku wierności wśród księży lub o powszechnym homoseksualizmie wśród nich lub zakonnicach niewolnicach. Tym jednak co mnie niezwykle irytuje jest fakt, że piszą to byli klerycy lub byli księża, jako ci najbardziej wiarygodni, bo znający problem od podszewki...
  Nie mam zamiaru twierdzić, że  wszytko jest pięknie, bo gdzie są ludzie tam są problemy ale żadna rzeczywistość nie jest jednowymiarowa....
   Dzisiejszy świat zwariował na punkcie seksu, przekroczył już chyba wszystkie możliwe granice, począwszy od ubioru, a skończywszy na zachowaniach międzyludzkich i teraz może się zachłystywać swoją wolnością od wszystkiego....
 Dziwne, że często ludzie, którzy przekroczyli wartości przez siebie wcześniej wyznawane rozliczają innych z łamania ich...
Uczestniczę w postępie ludzkości, polegającym na zanegowaniu wszystkich wartości, poza tymi, które wyznacza człowiek sam sobie, aby było przyjemnie mu żyć.
  W tym kontekście zachowanie wstrzemięźliwości seksualnej, wydaje się być absurdalne, dlatego coraz częściej się mówi, że niemożliwe jest takie życie.
 To, że coraz trudniejsze to na pewno, w powszechnym klimacie hedonizmu i przyzwolenia społecznego na wszystko, w imię postępu, trudno jest mówić i myśleć w kategoriach rezygnacji z siebie, z egoizmu, z przyjemności, z przynależnych praw, czasami mam wrażenie, że doświadczanie przyjemności jest miernikiem poczucia szczęścia ale czy jest to prawdziwe szczęście, czy tylko chwilowe dobre samopoczucie, to już inny temat.
Problem ten dotyka wszystkich, niezależnie od powołania i pełnionej roli , bo zjawiska społeczne i kulturowe dotykają każdego z nas.
 To co chciałabym napisać, to, że wstrzemięźliwość seksualna  wybrana ze względu na Jezusa, na Królestwo Boże, staje się szczególnym znakiem sprzeciwu wobec świata, bo ukazuje, że są wartości wyższe niż przyjemność, używanie,  dla których warto zrezygnować z tego co dobre i piękne, na rzecz jeszcze większego dobra, czyli samego Boga w służbie drugiemu człowiekowi, że wyrzeczenie i nieraz trud, mają swoją wartość, że można być szczęśliwym, nie zakładając rodziny z wyboru, a żyjąc dla Boga i innych.
Któż z nas nie zna księży i sióstr oddanych sprawie Bożej i tracących swoje życie dla Ewangelii i drugiego człowieka? Nie piszemy i nie mówimy o tym, bo wydaje nam się, że tak musi być, że  to normalne....
  Życie w czystości uzdalnia nasze serce do oddania siebie całkowicie Bogu i człowiekowi w miłości i radości ale stawia nam też wygania,  aby być wiernym podjętym ideałom, powinniśmy  siebie ograniczać, co do stylu życia, bywania, używania i relacji, brak ascezy w tym względzie powoduje brak wierności. Dużo mi dało  stwierdzenie kardynała Ratzingera, że łamanie celibatu jest wynikiem braku wiary...  Coś w tym jest, troska o wzrost w wierze, o coraz głębszą relację z Panem, jest konieczna aby żyć w wierności.
   Kiedyś rozmawiałam z pewnym małżeństwem, które dawało świadectwo 25 lecia życia małżeńskiego. Śmiejąc się mówili, przyślijcie do nas każdego księdza, który ma kryzys i tęskni za życiem małżeńskim, powiemy mu ile kosztuje wymagań od siebie i wyrzeczeń udane i trwałe małżeństwo.      
    Celibat, czystość, ma głęboki sens i znaczenie i być może będzie coraz mniej ludzi, którzy będą decydowali się na takie życie ale warto pamiętać, że tych których Pan wzywa do swojej służby uzdalnia też do takiego życia, czyli daje potrzebne dary i łaski do wytrwania. I myślę, że często świętość z grzesznością idą obok siebie, jednak tym co zwycięża, jest Świętość.