poniedziałek, 20 listopada 2017

Kochać to co stare, podążając za tym co nowe


   Kiedy człowiek jest młody wydaje mu się, że wszystko   zaczyna się od niego, że będzie tworzył nowe i  zmieniał to, co stare, z zapałem podejmuje nowe wyzwania myśląc, w duchu: teraz będzie o wiele lepiej, nowocześniej. I może taki jest przywilej młodości....
  Nabierając doświadczenia, widzi, że nie jest znowu taki nowatorski jakby chciał, że pewne rzeczy były już przed nim, a jak jest uczciwy to musi powiedzieć, że ci wcześniej robili to często  lepiej, szybciej, byli bardziej odważni, twórczy, bezinteresowni, on jest nowatorski  tylko w niektórych elementach, o ile jest. Ponieważ prawdziwi reformatorzy zdarzają się bardzo rzadko.

   Zawsze mnie zdumiewał mnie fakt, dlaczego młodzi w pewnym gimnazjum,  bardzo lubili słuchać opowieści świadków i prosili aby ich zapraszać. A kiedy zaczynałam opowiadać przykłady życiowe minione, słuchali z otwartą buzią.
  Tradycja, historia, daje nam poczucie przynależności do czegoś więcej niż my sami, daje nam możliwość uczestnictwa, w tym co dawne, uczy nas dumy i miłości do wieków minionych.

 Bardzo mocno to odczułam, kiedy czytałam o szkołach urszulańskich w dwudziestoleciu międzywojennym, miałam wrażenie, że to wszystko było wczoraj, a duma, zaciekawienie i radość oraz świadomość, że zmagano się z podobnymi problemami na sposób swojej epoki,  wydawały mi się czymś naturalnym i bardzo życiodajnym...

  Myślę, że coś podobnego jest w  tworzeniu drzew genealogicznych, odkrywaniu historii własnej rodziny, rodu lub dbania o zdjęcia i pamiątki rodzinne, w powstawaniu muzeów i pomników. 
W ten sposób tworzymy pamięć, o czasach minionych, z których czerpiemy siłę do czasów obecnych. 

 Odrzucając bezrefleksyjnie to co było, pozostajemy wykorzenieni, bez punktu odniesienia i nie mamy na czym budować, brak przynależności do tradycji, kultury i historii, swoich małych i wielkich miejsc, czyni nas sierotami, wyobcowanymi lub ludźmi niewiele rozumiejących, z tego co dzieje się tu i teraz, zadufanych we własny geniusz lub postęp ludzkości.

  Nie chodzi o to, aby być niewolnikiem  tradycji,  kurczowo się jej trzymając jako jedynej słusznej prawdy lecz, aby znając i szanując tradycję i kulturę, być otwartym na wyzwania współczesności, podążać za postępem, jak mawiały wybitne urszulanki w dwudziestoleciu międzywojennym, nie zatracając tego co jest istotą, ponieważ często w imię postępu, tracimy istotę i wyrazistość, starając się za wszelką cenę upodobnić do nowoczesności, nie pytając o sens i znaczenie, tego co przyjmujemy. 

 Czerpać z bogactwa minionych pokoleń, z odwagą podążając naprzód, rezygnując z tego, co zbyt nas ogranicza, w ufnym pełnieniu naszych zadań życiowych i społecznych, odpowiadając na potrzeby współczesnego człowieka i świata, w łączności z minionymi wiekami, na nowy sposób, możemy tutaj użyć słów świętej Anieli Merici interpretując je w szeroki sposób: Trzymajcie się starodawnej drogi Kościoła i żyjcie życiem nowym.


  
Obóz harcerski w dwudziestoleciu międzywojennym. Uczennice urszulańskie. Autor zdjęcia nieznany.

środa, 15 listopada 2017

Czy modlitwa mnie przemienia?


   Zadałam sobie to pytanie zainspirowana sugestią Mocnych w Duchu napisaną na Facebooku. Z  zachwytem patrzę   na tych  charyzmatyków, na ich żarliwość, poświęcenie, liczne zaangażowania ... Jest to jakiś znak czasu, bez wątpienia, czy nam się to podoba czy nie. 

 W sumie trzydzieści lat się modlę, w miarę systematycznie i nie mało, czy charakteryzuje mnie taka żarliwość, czy potrafię z taką łatwością mówić o rzeczach Bożych? 
Otóż stwierdzam ze smutkiem, że nie umiem mówić o osobistym doświadczeniu spotkania z  Panem Jezusem, ponieważ obawiam się być uznaną za nawiedzoną, że powiedzą mi, tak mówisz, a jak żyjesz? 

Tak, tak, żyjąc w zakonie nie jestem święta i mam swoje wady i są one szczególnie widoczne dla tych którzy żyją ze mną na co dzień.
No ale co z ta modlitwą? 
  Mam swoje dwa momenty w życiu modlitwy, które naznaczyły mnie szczególnie, to trzydziestodniowe rekolekcje św Ignacego, które odprawiałam dwa razy, raz na początku życia zakonnego i drugi po czterdziestce, czyli  w połowie. 

 Pierwsze spotkanie było porządkujące, wyznaczające kierunek, dało mi posmakować bycia blisko Pana, nauczyło życia w przyjaźni ze Słowem, zapoczątkowało poznawanie siebie. Drugie przeżyłam jako wylanie Łaski Bożej, wszechogarniającej, mówiącej do mojego serca, żadne słowo nie jest w stanie tego wyrazić, wydawało mi się, że mogłabym wiecznie się modlić przebywać z Panem. Nadało ono nowy wymiar  i spojrzenie mojemu życiu.
  Chciałam to doświadczenie dzielić z innymi i tak trafiłam do  Odnowy w Duchu Świętym. Dzisiaj z podobnym doświadczeniem spotykam się wśród moich sióstr. 

 W moim przypadku, przemiana, to powolny i systematyczny proces, może za wolny, jednak dzięki modlitwie doświadczam umiejętności przebaczania,  wolności wewnętrznej, większej zdolności do bezinteresownego kochania i siły do walki o siebie i drugiego człowieka ...
 Gdybym przestała się modlić, czyli utrzymywać więź z Panem, moje życie straciłoby sens.

   Dzisiaj, tak to odczytuję, przyszedł czas, aby uczyć się mówić pobożnie z odwagą, niezależnie od tego, co inni o mnie powiedzą i pomyślą. Moją tarczą i siłą jest Pan i On mi ciągle na nowo to pokazuje.                

sobota, 11 listopada 2017

Modlić się znaczy tracić siebie


   Kiedy podejmujemy decyzję, że chcemy rozwijać się w relacji z Panem Bogiem, na drodze modlitwy, wyrażamy zgodę na to, że dajemy przystęp do życia Panu Jezusowi, że to, co dla nas cenne, drogie najważniejsze już nie należy  do mnie ale do Pana.
 Rozumiem przez to, że nie spędzamy na modlitwie tylko chwil pełnych uniesień i dobrego samopoczucia ale godzimy się czasami na walkę, na pustkę, na oczekiwanie. Na to,że będą momenty, że nic się nie będzie działo i że nic nie czując  będziemy obecni. 
 Jednak tym co jest najtrudniejsze w modlitwie, to  tracenie własnego ja, siebie samego...

 Tutaj tracimy dotychczasowe wyobrażenie o Bogu, o sobie, o drugim człowieku. Chcąc być prawdziwym przed Panem, musimy przyznać z pokorą, że nie rozumiemy, że się boimy, że nie radzimy sobie w wielu momentach i przychodzimy z własna słabością. Ta wyjątkowa relacja obnaża w nas człowieka słabego.
 Kto z nas chce być człowiekiem słabym? Raczej chcemy być panami własnego losu, chcemy mieć wpływ i rozumieć, mieć poczucie mocy. 

U świętego Pawła czytamy,że Pan powiedział mu: Wystarczy Ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się dokonali. 2 Kor 12,9  
A  jeszcze wcześniej  Pan Jezus w kazaniu na górze powie: Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebie. Mt 5,3

  Uznanie własnej słabości jest stratą wyobrażenia o sobie...Mieć wszystko u Boga, do tego potrzeba nieraz długich godzin walki i świadomych wyborów. Jeśli czasami boimy się wejść na drogę stałej modlitwy, to dlatego, że wzywa nas ona do rezygnacji z  egoizmu, do bezinteresowności, do ofiarności, do oddania swojego życia i czasu innym, do zaangażowania, jednym słowem do  miłości, lepiej, bardziej, mocniej, oto stały refren modlitwy, aby kochać tak jak Jezus nas kocha.

 W modlitwie nie chodzi o osobistą korzyść, ponieważ jesteśmy spokojniejsi, pogodzeni ze sobą, z Bogiem i z innymi, napełnieni radością i entuzjazm, chodzi o bycie dla Boga i innych, bez osobistych korzyści. Modlitwa jest intymnym spotkaniem z Bogiem dla innych nie dla siebie.

     Modlitwa, która jest wyrazem naszej wiary  
  Modlitwa, która przemienia nasze życie dlatego, że jesteśmy       gotowi je stracić.
  Modlitwa, która jest pragnieniem Boga i spotkaniem z Nim
  Modlitwa, która jest naszą wiernością codzienną
  Modlitwa, która jest darem Pana
  Modlitwa, która jest kochaniem
  Modlitwa jest stratą siebie, aby mógł zajaśnieć Chrystus.
 
   
              Zdjęcia zrobiła s. Joanna Żuk, podczas                 Urszulańskich Dni Młodych, w Poznaniu 2017 r.

piątek, 3 listopada 2017

O modlitwie do Jezusa cz.II.

  Kontynuując wątek o modlitwie, chciałabym odnieść się do faktu, że modlimy się do Jezusa.

 Nigdy wcześniej nie rozumiałam tak jasno, że często mamy problem z modlitwą, bo modlimy się do jakiegoś Boga i sami naprawdę nie wiemy do kogo, do tego nic nie czujemy i łatwo się zniechęcamy.
  Jednak to w  Jezusie, spotykamy Ojca i Ducha Świętego, czyli całą Trójce Świętą.

  Abyśmy mogli pozostawać z kimś w relacji 
( mam na myśli modlitwę), potrzebujemy tego Kogoś poznać, być Nim.
 Jezusa najłatwiej  poznać, czytając Pismo Święte, a konkretnie, Ewangelie, bycie przy Słowie Bożym, ze Słowem Bożym, bycie z Jezusem, smakowanie Słowa, rozmiłowanie się w Słowie...Niezależnie od uczuć.
Praktyka czyni mistrza, jak mówi stare porzekadło, stąd potrzeba systematyczności w czytaniu Pisma Świętego, aby rozmiłować się w Jezusie, który jest Słowem.

  Czytając Ewangelie poznajemy Jezusa jako kogoś pełnego miłości i współczucia, wychodzącego na przeciw ludzkiej biedzie i grzechowi, widzimy jak zachęca nas do przebaczania zawsze, jak uczy nas miłości nieprzyjaciół, bezinteresowności całkowitej aż po krzyż, służby i zaparcia się siebie, w kochaniu drugiego człowieka. Ten  sam Jezus doświadcza gniewu, lęku i bólu. Taki jest nasz Bóg. Bliski i daleki w swojej świętości.

   Chodzi o to, aby odkryć Jezusa osobiście w modlitwie, aby odnaleźć Go w swoim życiu, zaprosić  do swojego życia, takiego jakim ono jest dzisiaj, aby tam Go spotkać. 
  
  Stając przy  Bogu, poznanym w Ewangelii,  z otwartym sercem, konfrontujemy się z naszym życiem, jesteśmy zapraszani, aby spojrzeć na siebie w prawdzie, na to kim my jesteśmy, z całą  naszą dwuznacznością, niedojrzałością i grzechem, bo  jak mówią znawcy życia duchowego, nie możemy, naprawdę kochać innych i Pana, jeśli nie będziemy znali siebie, nie po to, aby się odrzucić, potępiać lecz, aby znaleźć uleczenie i ukojenie w Panu Jezusie. 

 To jest pokora chrześcijańska, wiedzieć, że jestem człowiekiem słabym, grzesznym ale zbawionym, kochanym przez Boga samego, dlatego zdolnym do wielkich rzeczy.

  Tego uczy nas Jezus na modlitwie,  odkrywania miłości Boga do grzesznika i tego kim jest Ten Bóg. Naszym zadaniem jest pozwolić się Bogu kochać.
  On poprowadzi nas na drogach naszego życia, może nie zawsze tak jak my sobie zaplanujemy, wymyślimy, wymarzymy ale  On będzie zawsze przy nas, ze swoją Miłością, inny, zaskakujący, piękny, bliski i daleki. Jezus Chrystus nasz Pan i Zbawiciel
  Tak więc, Bóg jest w nas, w najgłębszym wnętrzu naszej istoty. Obecny, żywy, kochający i działający. Tam nas wzywa. Oczekuje nas właśnie tam, abyśmy się z Nim zjednoczyli.     
 Sto listów o modlitwie. Henri Caffarel

   
   

   

niedziela, 29 października 2017

O modlitwie cz.I. Początek

      Od jakiegoś czasu noszę się z zamiarem, aby napisać coś o modlitwie, mam nadzieję, że uda mi się to zrobić w kilku częściach, ponieważ nie wydaje mi się, aby można było temat wyczerpać w jednym wpisie.

   Dlaczego się modlę? Bo modlitwa  daje mi siłę i życie, bo na modlitwie znajduję motywację do podejmowania wielu spraw i wydarzeń, bo tam uczę się kochać każdego dnia na nowo, bo jest dla mnie koniecznością życiową jak tlen.... 

Dlatego chcę się z wami podzielić tym co dla mnie jest tak istotne w życiu....Zaczniemy od tego jak to jest na początku?

   Aby zacząć się modlić  potrzebujemy mieć pragnienie spotkania Boga, lub pragnienie poznania Go..., nie jest ważne czy jesteśmy święci czy grzeszni, mieć pragnienie, bo od szlachetnych  pragnień wiele dobra  się zaczyna. 

   Często się modlimy ponieważ czegoś od Boga oczekujemy, jest nam źle, doświadczamy bólu, cierpienia, niesprawiedliwości lub innych ciężarów, my lub nasi bliscy, prosimy o pomoc, o wysłuchanie, interwencję w potrzebie i dobrze, że tak jest. 

  Jednak jest to tylko część naszej wiary, naszego życia z Bogiem. Ponieważ Pan Jezus   nie jest instytucją usługową, która spełnia nasze oczekiwania, chociaż czasami, abyśmy się do niego zbliżyli pozwala nam tak siebie traktować, no może nie czasami ale bardzo często. To o co chodzi? Zapyta ktoś.

  Niektórzy z nas wynoszą z domu praktykę modlitwy porannej i wieczornej tzw pacierz..., niektórzy mają praktykę codziennego czytania Pisma świętego, a niektórzy lubią codziennie odmawiać różaniec, inni znowu  lubią się modlić swoimi słowami, wtedy kiedy im się to spodoba. Każda forma nawiązania kontaktu z Panem jest dobra, bo modlitwa to nawiązanie kontaktu, to bycie przy..., to tak naprawdę nawiązanie relacji. A każda relacja wymaga starań i wysiłku.

 Dzisiaj chciałabym napisać o początkach tej relacji . 
Aby mogła zaistnieć relacja potrzebny jest stały kontakt, w przypadku Pana Jezusa systematyczny.
Warto pamiętać, że nie modlimy się do jakiegoś Boga ale do Osoby Jezusa Chrystusa.
Jeśli zdecydujemy się na systematyczną relację to:
  •  Nie zaczynaj od razu od godziny, pół ale od 15 minut ale codziennie
  • Najlepiej w oparciu o Ewangelię przeznaczoną na dany dzień (możesz znaleźć aplikację Pisma Świętego, która będzie zawierała te czytania, polecam też: https://modlitwawdrodze.pl/, zachęcam jednak do sięgania po Biblię papierową).  
  • Każdego dnia w wybranym i stałym miejscu w domu, w pozycji, która pomoże Ci się skupić, proponuję siedzącą postawę, możesz zapalić sobie świeczkę, proś Pana, aby dawał Ci swojego Ducha i prowadził w modlitwie.
  •  Powoli i w skupieniu, czytaj tekst i pytaj co on wnosi do Twojego życia, co mówi do Ciebie, do czego  zaprasza lub czego nie rozumiesz, rozmawiaj z Panem na temat tego tekstu, opowiadaj mu o swoim życiu, takim jakim ono jest,czym żyjesz, co cię smuci i cieszy, bądź przez 15 minut i pilnuj tego czasu.
  •  Systematyczność w modlitwie pomoże ci rozpalić serce. Jeśli nie chcesz czytać Pisma Świętego, to daj Panu ten czas  według własnego pomysłu i porywu serca 15 min na początek ale codziennie. 
   Czy już  podjąłeś decyzję, że chcesz budować tę jedyną i niepowtarzalną relację z Panem, a może czytając ten wpis uśmiechasz się, myśląc o swoich początkach modlitwy, może zechcesz podzielić się z nami w komentarzu, czym  dla Ciebie jest modlitwa?      


     

niedziela, 22 października 2017

Spotkać Jezusa.


  Czasami  pytam moich uczniów jak ma na imię Bóg chrześcijan? Konsternacja...Po odpytaniu o imię w  innych wyznaniach, gdzie zazwyczaj pada poprawna odpowiedź, oznajmiam im, że nasz Bóg ma na imię Jezus i widzę szczere zdziwienie na ich twarzach... Ale moje  jest po stokroć większe, że dla nich to tak bardzo odległa prawda...


 W jakiego Boga wierzymy? O jakim Bogu dowiadujemy się i uczymy na religii? To są pytania, które stawiam sobie, przygotowując grupę pięćdziesięciu osób do Bierzmowania....

  W czasach mojej młodości, pytaliśmy czy Jezus naprawdę istniał? Skąd o tym wiemy? I na religii dowiadywaliśmy się o pozostawionych, spisanych dowodach mówiących o Jezusie....
Dzisiaj kiedy chciałabym przytoczyć dowody na istnienie Jezusa, w twarzy i pytaniach moich uczniów czytać mogę, skąd mam wiedzieć, że mówisz prawdę?

 Jeśli wiara cieszy się zainteresowaniem młodych to między innymi dlatego, że można czegoś doświadczyć, coś przeżyć i wtedy być pewnym, że Bóg jest i myślę, że stąd pojawia się wiele pytań dotyczących Ducha Świętego.

Wydaje mi się, że to  doświadczenie jest początkiem drogi, bowiem następnym   krokiem jest  pytanie, co to za Bóg?  
 I myślę, że tu zaczyna się droga do poznania  Jezusa przez Ducha Świętego. Ponieważ to Jezus posyła nam swego Ducha  który nas wszystkiego nauczy i przypomni nam wszytko, co  powiedział.
 por J 14,26. 

 To Duch Święty nas uczy, że Jezus jest Panem, bo nikt nie może bez pomocy Ducha Świętego powiedzieć, Panem jest Jezus 1 Kor 12,3.
  Chrystus dlatego jest Panem, że umarł za nasze grzechy i zmartwychwstał dla naszego usprawiedliwienia. 
Wypowiedzieć zdanie, że Jezus jest Panem, znaczy  nadać sens swojemu życiu, uznać  w sposób wolny za mojego Zbawiciela, Wodza, Nauczyciela, który jest Panem mojego życia, ponieważ dla nas istnieje jeden Bóg i Ojciec, od którego wszytko pochodzi i dla którego my istniejemy,  Jezus Chrystus, przez którego wszystko się stało  por 1 Kor 8,(5-6)

 Postawić wszystko na Jezusa, aby doświadczyć mocy Ducha Świętego, w tej mocy poznać  Zmartwychwstałego, który ciągle jest kimś żyjącym i istniejącym, nie jest odległy, nie żył kiedyś, nie jest ideologią...
Ale jak możemy go poznać?
 Myślę, że pierwszym korkiem jest pragnienie  spotkania Boga Żywego, On nas poprowadzi do Biblii, 
czytania  Słowa Bożego ( Starego  i Nowego Testament) w świetle Jezusa, do modlitwy, w której Duch Święty będzie się modlił  w nas  i do  Eucharystii -  gdzie będzie nas przekonywał Duch Święty, o uobecnianiu się na ołtarzu ciała i krwi Chrystusa i będziemy mogli  zrozumieć, że to za mnie została przelana krew i rozpoznamy Pana.
  
Poznać Jezusa to znaczy mieć więź z Bogiem osobowym konkretnym, który nas wzywa, umacnia, prowadzi,  do źródeł wód życia, abyśmy coraz bardziej odkrywali Jego pełnię Miłości w radości i służbie.  
Jezu, daj nam  pragnienie spotkania Ciebie żywego i prawdziwego w mocy swego Ducha.  

niedziela, 15 października 2017

Wartość celibatu

Foto: Pexels
  Księża nie żyją tak jak myślicie... donosi jeden z nagłówków popularnego portalu internetowego i o czym traktuje? O braku celibatu wśród księży....Na  portalach internetowych, co jakiś czas czytam sensacje o braku wierności wśród księży lub o powszechnym homoseksualizmie wśród nich lub zakonnicach niewolnicach. Tym jednak co mnie niezwykle irytuje jest fakt, że piszą to byli klerycy lub byli księża, jako ci najbardziej wiarygodni, bo znający problem od podszewki...
  Nie mam zamiaru twierdzić, że  wszytko jest pięknie, bo gdzie są ludzie tam są problemy ale żadna rzeczywistość nie jest jednowymiarowa....
   Dzisiejszy świat zwariował na punkcie seksu, przekroczył już chyba wszystkie możliwe granice, począwszy od ubioru, a skończywszy na zachowaniach międzyludzkich i teraz może się zachłystywać swoją wolnością od wszystkiego....
 Dziwne, że często ludzie, którzy przekroczyli wartości przez siebie wcześniej wyznawane rozliczają innych z łamania ich...
Uczestniczę w postępie ludzkości, polegającym na zanegowaniu wszystkich wartości, poza tymi, które wyznacza człowiek sam sobie, aby było przyjemnie mu żyć.
  W tym kontekście zachowanie wstrzemięźliwości seksualnej, wydaje się być absurdalne, dlatego coraz częściej się mówi, że niemożliwe jest takie życie.
 To, że coraz trudniejsze to na pewno, w powszechnym klimacie hedonizmu i przyzwolenia społecznego na wszystko, w imię postępu, trudno jest mówić i myśleć w kategoriach rezygnacji z siebie, z egoizmu, z przyjemności, z przynależnych praw, czasami mam wrażenie, że doświadczanie przyjemności jest miernikiem poczucia szczęścia ale czy jest to prawdziwe szczęście, czy tylko chwilowe dobre samopoczucie, to już inny temat.
Problem ten dotyka wszystkich, niezależnie od powołania i pełnionej roli , bo zjawiska społeczne i kulturowe dotykają każdego z nas.
 To co chciałabym napisać, to, że wstrzemięźliwość seksualna  wybrana ze względu na Jezusa, na Królestwo Boże, staje się szczególnym znakiem sprzeciwu wobec świata, bo ukazuje, że są wartości wyższe niż przyjemność, używanie,  dla których warto zrezygnować z tego co dobre i piękne, na rzecz jeszcze większego dobra, czyli samego Boga w służbie drugiemu człowiekowi, że wyrzeczenie i nieraz trud, mają swoją wartość, że można być szczęśliwym, nie zakładając rodziny z wyboru, a żyjąc dla Boga i innych.
Któż z nas nie zna księży i sióstr oddanych sprawie Bożej i tracących swoje życie dla Ewangelii i drugiego człowieka? Nie piszemy i nie mówimy o tym, bo wydaje nam się, że tak musi być, że  to normalne....
  Życie w czystości uzdalnia nasze serce do oddania siebie całkowicie Bogu i człowiekowi w miłości i radości ale stawia nam też wygania,  aby być wiernym podjętym ideałom, powinniśmy  siebie ograniczać, co do stylu życia, bywania, używania i relacji, brak ascezy w tym względzie powoduje brak wierności. Dużo mi dało  stwierdzenie kardynała Ratzingera, że łamanie celibatu jest wynikiem braku wiary...  Coś w tym jest, troska o wzrost w wierze, o coraz głębszą relację z Panem, jest konieczna aby żyć w wierności.
   Kiedyś rozmawiałam z pewnym małżeństwem, które dawało świadectwo 25 lecia życia małżeńskiego. Śmiejąc się mówili, przyślijcie do nas każdego księdza, który ma kryzys i tęskni za życiem małżeńskim, powiemy mu ile kosztuje wymagań od siebie i wyrzeczeń udane i trwałe małżeństwo.      
    Celibat, czystość, ma głęboki sens i znaczenie i być może będzie coraz mniej ludzi, którzy będą decydowali się na takie życie ale warto pamiętać, że tych których Pan wzywa do swojej służby uzdalnia też do takiego życia, czyli daje potrzebne dary i łaski do wytrwania. I myślę, że często świętość z grzesznością idą obok siebie, jednak tym co zwycięża, jest Świętość.             
   
   

niedziela, 8 października 2017

Dlaczego lubię różaniec?

   Dlaczego lubię różaniec? Bo jesteś zakonnicą, ktoś odpowie. A wiecie, że nie wszystkie Siostry lubią tę modlitwę...Ale to nie będzie wpis o Siostrach.Tylko o różańcu. Rozczarowani? Trudno.

    Towarzyszył mi od dzieciństwa, w drugiej klasie,  nauczyła mnie na nim modlić się moja babcia, która zawsze kiedy się kładła spać odmawiała różaniec głośno, często przysypiając, jako dzieci chichotałyśmy z tego, dzisiaj wspominam to z ogromną czułością.
  
   W młodości nosiłam  go  w kieszeni, czasami odmawiałam dziesiątkę idąc do szkoły, często traktowałam go jak amulet, przekonana, że wystarczy go mieć przy sobie, aby wszystko poszło dobrze. Tak na marginesie, do dzisiaj mi zostało, że w każdej kieszeni mam inny różaniec.
  
  Miałam też okres w życiu, że wydawał mi się modlitwą monotonną i jednostajną.
  
  Dzisiaj, często kiedy gdzieś idę,wędruję, przesuwam  paciorki.

  Kiedy brakuje mi słów, aby wołać do Pana w ważnych sprawach biorę do ręki różaniec.

  Kiedy ktoś prosi, abym się pomodliła, biorę do ręki różaniec. 
Pomyślisz Drogi Czytelniku: Co za dewocja, zachęcam Cię jednak spróbuj....

  Różaniec wnosi w moje życie spokój i nadzieję.

 W ostatnim okresie  odmawiałam osławioną Nowennę Pompejańską, w ważnej intencji, modlitwa została wysłuchana ale to, co osobiście zyskałam jest największym skarbem. Odmawiając trzy różance dziennie doświadczałam coraz głębszego pokoju i otwartości na Słowo Boże. Siła prostoty  modlitwy monotonnej i jednostajnej, wznosiła moje serce ku Bogu w uwielbieniu, radości i wdzięczności. 

Różaniec, prosta modlitwa do odkrycia dla każdego...Królowo Różańca Świętego. Módl się za nami.  


   

niedziela, 1 października 2017

Czy Bóg jest sędzią sprawiedliwym?

   Ostatnio obejrzałam filmik, gdzie dwóch młodych elegancko ubranych ludzi przekonywało jednego człowieka, że Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobro wynagradza a za zło karze i nie należny tego relatywizować.  
    Hmmm....nie miałam okazji zapytać ich czy ważniejszy jest dla nich fakt, że Bóg jest sędzią, czy to, że jest sprawiedliwy, a może o to karanie im bardziej chodziło.

    Nie ukrywam, że myślałam, że czasy takiego postrzegania Boga już minęły ale jak się okazuje historia kołem się toczy. Nawiasem mówiąc, kilka lat temu słyszałam ciekawy wykład na KUL-u dotyczący tego zagadnienia, ks. Sławomir Pawłowski pallotyn, stawiał hipotezę, że w rzeczywistości formuła „sześciu głównych prawd wiary” jest lokalną tradycją katechetyczną, co oznacza, że nie stoi za nią kościelny autorytet papieża lub soboru, a  autorytet biskupa lub konferencji biskupów zatwierdzającej dany katechizm. Można więc stwierdzić, że „sześć głównych prawd wiary” to tradycja polska, nie zaś powszechna.

  Czy neguję prawdę, że Bóg jest sędzią? Nie. Jednak jego sąd nie jest naznaczony ludzkim myśleniem i chociaż, sprawiedliwość u Boga oznacza transcendentną Jego doskonałość, to jednak miłość jest od niej „większa”. Jest większa w tym znaczeniu, że jest pierwsza i bardziej podstawowa. Miłość niejako warunkuje sprawiedliwość, a sprawiedliwość ostatecznie służy miłości, tak czytamy w encyklice św. Jana Pawła II Dives in misericordia.
  A wcześniej jeszcze  Pan Jezus, który w Ewangelii  ukazuje się nam  jako Bóg Miłości i Miłosierdzia, bardziej skory do wybaczania i kochania niż karania i znowu wracam z uporem maniaka, że nasze ludzkie miary i wyobrażenia, nigdy nie oddadzą tego kim rzeczywiście jest Pan.
   Bóg nie chce, abyśmy wchodzili z nim w relację z lęku przed karą ale jako ludzie wolni, którzy wiedzą, że są kochani ze swoim grzechem i dlatego pragną iść za Nim, kochać Go  i upodabniać się do Niego.
Już sam fakt, że Bóg jest kimś niepojętym, nieogarnionym przez nasz umysł, budzi nasze  obawy i lęki, i niech to nam wystarczy. Żadna  relacja zbudowana na lęku przed karą nie jest życiodajna i trwała.
 
  A chrześcijaństwo jest religią relacji, w Duchu Świętym przez Chrystusa do Ojca, która realizuje się w służbie człowiekowi.
 I chociaż Kościół przez pewien okres mówił o Bogu sędzi, w potocznym rozumieniu tego słowa, to jednak w momencie głębszego pochylenia się na Biblią  zaczyna głębiej rozumieć i postrzegać kim jest Bóg, dlatego św Jan Paweł II mówi w tej samej encyklice:
    Kościół wyznaje i głosi nawrócenie. Nawrócenie do Boga jest zawsze owocem „odnalezienia” tego Ojca, który jest bogaty  w miłosierdzie. Prawdziwe poznanie Boga miłosierdzia, Boga miłości łaskawej, jest stałym i niewyczerpalnym źródłem nawrócenia, nie tylko jako doraźnego aktu wewnętrznego, ale jako stałego usposobienia, jako stanu duszy. Ci, którzy w taki sposób poznają Boga, w taki sposób Go „widzą”, nie mogą żyć inaczej, jak stale się do Niego nawracając. Stając się coraz bardziej kochającymi i pełnymi miłosierdzia.

sobota, 23 września 2017

Dawne i nowe

      W pewnym momencie swojego życia miałam okazję spotkać grono ludzi, którzy byli zwolennikami arcybiskupa Lefebra i miłośnikami Mszy trydenckiej i wszystkiego co Sobór w Trydencie powiedział, jako jedynej i nieomylnej prawdy, a wszystko co nastąpiło potem, zwłaszcza Sobór Watykański II, było nadużyciem.

  Byli to ludzie bardzo inteligentni, o poglądach konserwatywnych i w takim samym duchu wychowujący swoje dzieci, stanowili oni pewnego rodzaju elitę, która spotykała się na Mszach trydenckich, wtedy jeszcze nie były one  uwolnione jak dzisiaj.

  Chociaż nie podzielałam  poglądów tych ludzi, w kwestiach liturgii i ich spojrzenia na Sobór Watykański II, czasami z nimi dyskutowałam, to bardzo tych ludzi ceniłam i cenię, wiele też się od nich nauczyłam, np, że poglądy konserwatywne nie muszą być powodem do wstydu ale do dumy, że postępowi nie są   tylko Ci którzy mają poglądy liberalne i nowo-lewicowe, nauczyłam się też pewnej konsekwencji.

  Nie mogę też tym ludziom zarzucić powierzchownej religijności, bo w określonych sytuacjach życiowych spotykałam się z ich głęboką wiarą  i pobożnością.
W tamtym okresie miałam też okazję obserwować  młodych ludzi radykalizujących się w duchu trydenckim.
 I zadawałam sobie wtedy pytanie, a dzisiaj jeszcze bardziej, skąd taka radykalizacja?

   Dlaczego piszę na ten temat?
 Ostatnio obserwuję jakiś dziwny podział w Kościele polskim na bardziej katolickich i mniej katolickich, no i jeszcze środkowo katoliccy ale jak powszechnie wiadomo, środek, zawsze jest najmniej interesujący ale nie można zaprzeczyć, że jest .
 Bardziej katoliccy to  Ci, którzy są zwolennikami, piękna liturgii rozumianej jako powaga, majestat i dostojeństwo, realizowanej przez skrupulatne zachowanie wszystkich przepisów itd,  a mniej katoliccy, to ci z Odnowy  machający flagami, tańczący, modlący się językami, podnoszący ręce w kościele.

  I wszystko to wydaje się dosyć zabawne do momentu kiedy rozpoczyna się walka na słowa, publiczne wyśmiewanie, poniżanie, obrażanie, konkretnych osób, w imię obrony prawdy i czystości rytuałów.

Ostatnio trafiłam na mało zabawną stronę na Fb, która drwi i szydzi, z osób i instytucji w imię tradycji i czystości wiary, z jednej strony, dostojeństwo, piękno i  majestat starej liturgii, z drugiej drwiny i szyderstwa pod adresem osób. Budzi to mój sprzeciw  i bunt,  wobec takiego rozumienia liturgii, wiary i Kościoła.
  
Nie jestem zwolennikiem dowolności w liturgii, ani za  zachowywaniem sztywnym  przepisów, bo przepisy są dla ludzi, a nie ludzie dla przepisów. Przechylenie w każdą stronę jest szkodliwe.

  Powszechność Kościoła między innymi wyraża się w tym, że jest w nim miejsce dla wielu obrządków  i sposobów sprawowania liturgii. A szacunek dla odmienności  jest częścią naszej wiary. I wydaje mi się, że w liturgii chodzi o Boga samego, o spotkanie z Nim.
Jeśli chrześcijanie nie potrafią obdarzać się wzajemnie szacunkiem,  jakie dajemy o sobie świadectwo?
"Każde królestwo wewnętrznie skłócone pustoszeje i dom na dom się wali." Łk 11, 17

środa, 20 września 2017

Spojrznie poza siebie

    A może by tak spróbować spojrzeć poza horyzont...?
   Horyzont wiedzy gubi się we mgle wytworzonej przez chwilowe mody i piękne słowa. Nie zwracamy uwagi na to co jest poza naszym polem widzenia, zadowala nas zamiana rzeczywistości na opinie,         tajemnicy na dogmaty, a idei na mnogość słów. To co niezwykłe, jawi się nam jako nawyk, brzask poranka jako codzienna rutyna natury. Wciąż się jednak budzimy. Pośród wędrówki, w nigdy nie kończącym się nawrocie dni i nocy, nagle ogarnia nas potężne przerażenie, uczucie, że nasza mądrość została obrócona w niwecz.  Rozdzierająca serce wspaniałość zachodu słońca, jest dla nas nie do zniesienia. Jakiż dla nas wówczas pożytek z opinii, słów, dogmatów? Jednak gdy stajemy przy drzwiach otwartych na nieskończoność, uprzytamniamy sobie, że wszystkie pojęcia to jedynie lśniące pyłki zaludniające promień słońca.
                                                                                         Abraham J. Heschel ,,Człowiek nie jest sam ''

sobota, 16 września 2017

Zatrzymać młodych

foto: Ida Balicka

     Od dwudziestu pięciu lat pracuję z ludźmi młodymi lub dorastającymi,  (myślę o gimnazjalistach). Mam tez okazję widzieć jak się zmieniają  na przestrzeni lat i w jaki sposób wpływają na nich zmiany kulturowe i obyczajowe, w tym rozwój mediów elektronicznych.

   Smutek mnie wypełnia kiedy widzę na bulwarze, w piątek, młodych ludzi  siedzących obok siebie z piwem w ręku i zapatrzonych w komórkę, takie mamy czasy, powie ktoś.
  I nie chcę tu pisać czy młodzież jest zła czy dobra bo jest taka jak zawsze i tutaj nic się nie zmienia.

 Kiedy patrzę na nich, myślę, że Kościół ich coraz bardziej traci. Czy to znaczy, że młodzi nie pragną i nie szukają Boga? Nie.... 
 Jednak coraz częściej Bóg nie jest im potrzebny, nie znajdują uzasadnienia dlaczego mieliby w Niego wierzyć lub chcieliby Boga dopasować do swoich standardów myślenia i zachowania. 
  A co  my dorośli; rodzice, duszpasterze, katecheci, ewangelizatorzy świeccy dajemy młodym  jeśli chodzi o przekaz wiary? 
 W ostatnim czasie obserwuję wiele inicjatyw, praktycznie każde zgromadzenie zakonne organizuje Dni Młodych w okresie wakacyjnym, pod rożnymi nazwami i zawsze są tam  młodzi. Często tym spotkaniom towarzyszą koncerty, zabawy, warsztaty, spotkania z ciekawymi ludźmi oraz modlitwy. 
  Mamy tych ludzi na chwilę, od dwóch do siedmiu dni,  potem jadą do swoich miejscowości. Ilu z nich zostaje w grupach młodzieżowych, aby dalej rozwijać swoją wiarę? 
Czasami mam wrażenie, że  w czasie letnich spotkań młodzieżowych chodzi o to,  aby pokazać, że fajnie jest wierzyć, ludzie doświadczają radości płynącej ze wspólnoty, czasami obecności Boga, wracają do siebie i na tym się wszystko kończy. Chcą jechać na następne spotkanie, bo będzie się tam działo, a jak się nie dzieje to nie jest ,,fajnie" .

   Jak zatrzymać młodych, aby chcieli   rozwijać się duchowo i po ludzku?
 Nie tylko od wyjazdu do wyjazdu  ale formować się we wspólnotach? Jednak wtedy trzeba będzie zaproponować coś więcej, pewną systematyczność.

  Nie znam lepszego programu niż ten, który został zaproponowany przez Ruch Światło Życie i do dzisiaj pozostaje dla mnie zagadką dlaczego, w którymś momencie zrezygnowano z niego, na rzecz Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży. No może Skauci Europy  mogli by konkurować z przysłowiową Oazą.

 Może się mylę ale obserwuję bardziej rozkwit Duszpasterstw Akademickich, niż wspólnot młodzieżowych, a młodzież  liceum jakby  nie istniała....Czy to wina katechezy w szkole, czy może brakuje duszpasterzy zaangażowanych? Czy jednak te nowe krótkie formy są najlepsze na dzisiejsze czasy? A może młodzież później dojrzewa i dopiero studia są  tym momentem aby się bardziej zaangażować w sprawy wiary?
Nie wiem
   Mam jednak nadzieję, że może w systematyczną formację religijną zaangażuje się niewielu młodych ludzi ale to właśnie oni będą stanowili przyszłą elitę czyli tę pochodnię, która przekaże wiarę dalej.
     

foto: Ida Balicka
 

sobota, 9 września 2017

Twoje Słowo jest lampą...


    Nie wiem czy też tak macie, kiedy czytacie Pismo Święte, że jakieś Słowo z wami chodzi,  dotyka  was i nie daje spokoju, wraca  kilkakrotnie lub wydaje wam się, że właśnie otrzymaliście odpowiedź na swoje pytania i wątpliwości. 

  Lubię czytać Słowo Boże, przeznaczone na dany dzień do czytań mszalnych i ostatnio zdarzyło mi się, że ze mną  chodzi Słowo z piątkowego czytania:  
  Chrystus jest obrazem Boga niewidzialnego - pierworodnym wobec każdego stworzenia,  bo w Nim zostało wszystko stworzone (....) On jest przed wszystkim i wszystko w Nim ma istnienie (...) Zechciał bowiem Bóg, aby w Nim zamieszkała cała pełnia. Kol 1,(15-19). 

  Nagle oczywiste  staje się jasne i zostaje odkryty cały horyzont.
 Jest bowiem odblaskiem wieczystej światłości, zwierciadłem bez skazy działania Boga, obrazem Jego dobroci Mdr 7, 26 

  Czytam i czytam powtarzam i powtarzam, myślę, jestem, nic dodać nic ująć. 
Jaki jest Bóg? Taki jak Jezus, bo w Nim  zamieszkała cała pełnia. 

Czy  Jezus jest surowy, czy jest skory do gniewu, sądu i potępienia, czy jest naiwny w swej dobroci ? Jezus jest obrazem dobroci Boga. Wszystko w Nim ma istnienie...

 Czy znamy Jezusa, co o nim wiemy otrzaskani z religią i pobożnością, przekonani, że  słyszeliśmy już to sto razy?

 Panie:  Twoje Słowo jest lampą dla moich stóp i światłem na mojej ścieżce. Ps 119,105

środa, 6 września 2017

Świadek wiary

       Relacja z Bogiem, co to jest?  Naukowcy robili badania mózgu w czasie modlitwy człowieka i stwierdzili, że człowiek rozmawia z kimś kogo nie ma.
 Wykrzyczał mi  uczeń na religii, kiedy mówiłam, że wiara jest relacją z Bogiem. Tylko skąd Ci naukowcy wiedzieli, że tam nikogo nie ma? Zapytałam  go, nie zdążył odpowiedzieć bo  zadzwonił dzwonek...
   Przeczytałam dzisiaj, że święta Matka Teresa z Kalkuty rozmawiała z Bogiem, że odnaleziono notatki, które o tym świadczą, że Pan Jezus poprosił ją, aby założyła zgromadzenie w Indiach dla najuboższych. 
   Od jakiegoś czasu zastawiałam się jakie doświadczenie Boga musiała przeżyć Matka Teresa, że tak bardzo cierpiała z powodu samotności i opuszczenia, poza tym jej heroizm w służbie najuboższym nie wypływał tylko z ludzkich   pragnień i możliwości. Musiał być wspierany przez coś, co nie pochodzi tylko od człowieka.
Pobożni ludzie pukają się w czoło, że przesadzała z tym ubóstwem, a jednak jest to dzieło Boże, co zostało potwierdzone przez Kościół jej kanonizacją i dalszym rozwojem zgromadzenia po jej śmierci.

  Na jeszcze jedno pytanie nie umiem znaleźć odpowiedzi, dlaczego niektórzy ateiści  tak bardzo kwestionują jej świętość, dlaczego ciągle powraca podważanie sensowności prowadzonych przez nią dzieł i jej sposobu życia? Może dlatego, że gdyby się przyjęło je jako coś wyjątkowego byłoby to dowodem na istnienie Boga?  
   Świętość sama się broni. Nie, poprzez popularność i uwielbienie ogółu ale poprzez czyny i dzieła, które po sobie zostawia, poprzez styl życia, często wyśmiewany i pogardzany, któremu tak naprawdę nie jesteśmy  w stanie sprostać.

   Nie umiałabym żyć tak jak Matka Teresa z Kalkuty i jej siostry ale jest ona dla mnie świadkiem wiary i miłości do Jezusa w  XX w. Dowodem na to, że  wielkie czyny wypływają z relacji z Bogiem, z głębokiego życia z Nim i dla Niego.   
   

wtorek, 29 sierpnia 2017

O poznawaniu Boga


  Zastanawiam się dlaczego jedne wpisy na tym blogu cieszą się większym zainteresowaniem, a inne mniejszym.


Jednak jeszcze bardziej zdumiewa mnie popularność zdania Bóg jest dobry.

 Zdanie Bóg jest Miłościąwydaje się być pustym, nic nieznaczącym sloganem i nie robi na nas takiego wrażenia, jak stwierdzenie Bóg jest dobry. Jakby ta prawda była  czymś zakrytym przed nami, chociaż jesteśmy ochrzczeni i mamy Ewangelię.

 W jakiego Boga wierzymy? Gdybym zapytała kogoś z czytających ten tekst, jaki jest Twój Bóg, co byście odpowiedzieli?
 Prawdą jest, że  Boga postrzegamy przez pryzmat doświadczenia ludzkich relacji, najbardziej przez relację  matki i ojca do nas i najbliższych, często, to, jakiego mieliśmy ojca, wpływa na nasze myślenie o Bogu, na przeżywanie relacji z Nim.

 Może dlatego trudniej jest nam uwierzyć w miłość, która  jest obarczona niedoskonałością lub grzechem człowieka, a łatwiej w dobroć, bo  tę z kolei nam łatwiej przyjąć.

 Jak  ważny jest obraz Boga, to co o Nim myślimy i o tym  jaki jest,  chyba nie muszę nikogo przekonywać, i że od tego zależy nasza wiara i to jak wierzymy.

  Aby nasza wiara mogła się rozwijać i dojrzewać  musi się  zmieniać nasze wyobrażenie o Bogu. Czasami myślimy, że kiedy  chodzimy do kościoła w niedzielę , modlimy się, przystępujemy do spowiedzi, a nawet czytamy Pismo święte, pomagamy innym, staramy się żyć dobrze, krótko mówiąc wypełniamy wszystkie nasze obowiązki wypływające z wiary lub stanu życia, wtedy jesteśmy ludźmi wierzącymi i dobrym i jest nam tak  dobrze.
  Jednak czy na pewno to wystarczy?
Czy nigdy nie czuliśmy się zaproszeni do poszukiwania Boga takim jakim On jest naprawdę, poza moim myśleniem. Czy jesteśmy przekonani, że Bóg jest tylko taki  jak sobie Go wyobrażamy?

  Chrześcijaństwo zaprasza nas do relacji z Bogiem, który jest bliski i daleki, który jest Inny niż wszystkie nasze wyobrażenia, stąd możemy się czasem  bać, dlatego też mamy Jezusa aby nas nie przerażał, bo  ta inność to inność Miłości, przekraczającej nasze ludzkie kalkulacje,  całkowicie darmowej i bezinteresownej, obdarowującej,  wyprzedzającej.

 Ten własnie Bóg, pozwala nam  poznać siebie,  w swoim Słowie, np poprzez czytanie Ewangelii, tego Boga rozpoznajemy  z wiarą i ufnością w  przyjmowanych sakramentach, w modlitwie szczerej i serdecznej i w  drugim kochanym i niekochanym człowieku. Bóg jest dobry. To prawda ale czy tylko? Czy moje serce pragnie Boga? Tęskni za Nim, oczekuje?
 Dobry Boże, spraw abym Cię bardziej poznał, pokochał i szedł w Twoje ślady        

wtorek, 22 sierpnia 2017

Przyjaźń dla wszystkich

 
   Przyjaźń jest tym, za czym tęsknimy, czego poszukujemy i potrzebujemy, niezależnie od stanu życia, czy to, w małżeństwie, kapłaństwie, czy życiu zakonnym, bądź w samotności, mężczyźni i kobiety wszyscy pragniemy przyjaźni.
 Być może z tych samych przyczyn ostatnio bardzo poruszyły mnie słowa o  przyjaźni kierowane przez Jezusa do uczniów. 
Nie ma większej miłość niż ta gdy ktoś poświęca swoje życie za przyjaciół.Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeśli spełnicie wszystko co wam polecam. Już was nie nazywam sługami ale przyjaciółmi J 15,(13 -15)

 Mówi Jezus do swoich uczniów, w kontekście winnego krzewu lub winorośli, w zależności od tego jakie tłumaczenie mamy Pisma Świętego. 
  
  Czy możemy  uznać się za przyjaciół Jezusa? Czy możemy poczuć się  zaproszeni do tego typu relacji z Nim? Ile razy omijaliśmy te wersety przekonani, że to tylko do uczniów ale na pewno nie do nas. 

  Myślę, że to zapewnienie o przyjaźni, jest kierowane do każdego z nas, bo przecież Jezus poświęcił swoje życie za nas, za mnie  i za ciebie nie tylko za  najbliższych uczniów. 
  
  Zapytajmy więc co to za przyjaźń i o co tu chodzi, a Słowo poprowadzi nas do Księgi Wyjścia do rozdziału 33, kiedy Mojżesz rozmawia z Bogiem twarzą w twarz, jak rozmawia się z przyjacielem, w bliskości,  Bóg daje się poznać Mojżeszowi, Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba wchodzi w bliską relację z Mojżeszem, pozwala aby ten poznał go sercem.

 Mojżesz przebywając w tej bliskości, rozmawia z Bogiem  bardzo śmiało : ,, Jeśli znasz mnie i znalazłem łaskę w twoich oczach, objaw mi swą drogę bym poznał Cię" (...) Objaw mi swoje palny. Bóg ulega Mojżeszowi i pozostaje obecny pośród narodu. Mało tego, Bóg ukazuje Mojżeszowi swoją chwałę, pozwala aby ten stanął tak blisko Boga jak to jest tylko możliwe dla człowieka, stanąć w bliskości Boga...Oto istota przyjaźni....
  Poznać Boga, pełnego miłości i miłosierdzia, czułego w stwarzaniu na nowo człowieka, po jego odejściach i niewiernościach, wiernego  nieskończenie i w takim samym stopniu cierpliwego. Do takiej relacji zaprasza nas Pan. Wiemy, że przyjaciela możemy poznać tyle na ile on sam nam zechce się dać poznać. Podobną sytuację mamy i tutaj.  
 Czy możemy uwierzyć, że jesteśmy wezwani do bliskiej relacji z Bogiem, do  rozmawiania z Nim jak z Przyjacielem, że znaleźliśmy łaskę w jego oczach?
 To nie wy wybraliście mnie lecz ja was wybrałem, abyście szli i owoc przynosili, aby owoc był trwały: aby mój Ojciec dał wam wszytko o co Go poprosicie w imię moje .
 To wam przykazuje abyście się miłowali J 15,16-17  

sobota, 12 sierpnia 2017

Wiara między emocjami a rozumem.


 Jaka jest różnica między litanią do Najświętszego Serca Pana Jezusa, a modlitwą uwielbienia? Zapyta ktoś, niektórzy uśmiechną się z politowaniem. Ale litanie  również oddają chwałę Bogu, w przepięknych wezwaniach, zajrzyjcie jeszcze do litanii do Imienia Jezus.

 Z tym, że tu modlimy się pewną formułą, którą ktoś nam zaproponował, a modlitwa uwielbienia płynie z naszego serca. 
Nie wiem co jest lepsze w każdym razie obie formy są piękne i zależy, kto w czym się odnajduje i Bogu dzięki. Wydaje mi się, że modlitwa uwielbienia to jest ta nowa forma pobożności, która pojawia się coraz częściej, również klasztorach. 
  
Ostatnio dużo myślę, o doświadczeniu Boga, o przeżywaniu Go. 
Z jednej strony jest to fascynujące, bardzo angażuje człowieka emocjonalnie, z drugiej strony budzi moją nieufność i pytanie czy o to do końca chodzi w wierze? Śpiewy uwielbienia, tańce, flagi, modlitwy wypowiadane na głos i spontanicznie, wszystko to jest bardzo dobre i ważne ale  co zrobimy jak zabraknie nam emocji? I  sama sobie zadaje pytanie ale czego się czepiam?

   Myślę, że relacja z Panem Jezusem potrzebuje i emocji i rozumu. Emocje nas zbliżają do Boga, rozum pozwala nam go poznać. Dlaczego wierzę, w co wierzę, czego szukam, kim jest Bóg, jakich wyborów powinnam dokonać, jak postąpić w danej sytuacji? Nie bez przyczyny w Odnowie w Duchu świętym mówi się o formacji, również intelektualnej .
  Emocje, rozum i wola. Te trzy rzeczywistości prowadzą nas do dojrzałego przeżywania wiary, która wydaje mi się pełna. Oddzielenie od siebie jednej z tych rzeczy, zawsze będzie podejrzane jakieś takie nie do końca....
 Sam intelekt to za mało, bo można wszystko rozumieć i wiedzieć, a jednak nigdy nie spotkać się z Bogiem Żywym, nie doświadczyć jego mocy.  O emocjach już pisałam wyżej. Natomiast wola uczy nas stałości, wierności: w modlitwie, w podjętych decyzjach,  niezależnie od rodzaju  emocji, tego co się przeżywa: w zdrowiu i chorobie w powodzeniu i porażce, w emocjach wzniosłych ale i tych przykrych, nie chcianych, aby zawsze być z Jezusem, tak, tego uczy nas wola, jednak wola bez emocji tworzy jakiś dziwny, zimny, twór ludzki.   
 Niektórzy łatwiej przeżywają swoją wiarę intelektem ale kiedy naprawdę są uczciwi w swojej wierze i poszukiwaniach Boga, muszą wcześniej lub później pozwolić dojść do głosu emocjom i podobnie jest z tymi, którzy najpierw przeżywają swoją wiarę emocjonalnie, a chcąc się rozwijać muszą zacząć używać intelektu.
 Przyjaźń między emocjami, a rozumem w przeżywaniu wiary jest konieczna, a że bardzo trudna to chyba nie muszę nikogo przekonywać. 
 W wierze jest jeszcze coś takiego jak Łaska - Dar, udzielany nam  przez Pana i może ta harmonia lub przyjaźń, w zależności jak ją nazwiemy, może zostać nam dana właśnie jako Łaska.    
              

wtorek, 8 sierpnia 2017

Tu i teraz

   Postanowiłam dzisiaj  być obserwatorem,  a że byłam w podróży, okazji miałam wiele, pomijam piękno krajobrazów, które autentycznie mnie zachwycały, a że miałam głowę  wolną od zbędnych rozmyślań mogłam się nimi cieszyć.

  Tym co szczególnie koncentrowało moją uwagę, to ludzie, a to, spora liczba kolorowych i obcokrajowców w małej miejscowości, z której wracałam i miłe pogawędki znających się mieszkańców, jadących w autobusie w dzień targowy, poza tym, dużo  ludzi wyległo dzisiaj na trasy piesze, bo słonko świeciło i nie było upalnie.

   Dziwiłam się radośnie, specyficznemu akcentowi krakusów, którego  nuta zawsze przyjaźnie mnie nastraja, po czym zdumiona stwierdziłam, jak ten świat się zmienia, bo kobiety są taksówkarzami, a była to pani między 30-40 rokiem życia. Kiedyś to było niebezpieczne ale dzisiaj kobiety niczego się nie boją, prowadziłam rozmyślania, popijając herbatę z cytryną, w dworcowej kafejce, nagle zwrócił moją uwagę młodzieniec siedzący  na parapecie okna, pierwszego piętra,  co on tak robi w dużym mieście, czyżby podziwiał widoki? Ależ skąd, sprawdza co nowego w komórce...

  Inni młodzi chłopcy miło się kłaniają, swoją drogą to ciekawe, że częściej Szczęść Boże mówią chłopcy niż dziewczęta, zawsze zdumiewa mnie to,  za chwilę się okazuje, że Ci chłopcy to Ukraińcy, muzycy. Czas płynie powoli w oczekiwaniu na kolejny autobus...

 Na chwilę staję się obiektem większego zainteresowania, bo mniejsze mam zawsze, z racji habitu. Zaśmiewałam się niemal w głos, czytając sarkastyczne uwagi redaktor Baranowskiej o  osobach ze świadka artystycznego...Spostrzegam nagle, że ludzie siedzący w pobliżu przypatrują mi się z uśmiechem, no cóż...Jak człowiek do innych przyjaźnie nastawiony to i inni postrzegają cię podobnie.

 I na tym kończy się moja obserwacja, że nie wspomnę o pasażerce, która przez trzy godziny raczyła mnie opowieściami ze swego życia, na ile były prawdziwymi sam Bóg raczy wiedzieć...
   Często wam się tak zdarza  chłonąć rzeczywistość tu i teraz? Mnie nie. Zazwyczaj spieszę się, rozwiązuję ważne kwestie życiowe i nie życiowe.
  Czasami, aby poczuć się szczęśliwym,  wystarczy tylko być tu i teraz, w tym co jest, poczuć smak życia.

niedziela, 30 lipca 2017

Moja pamięć o Powstaniu Warszawskim

       Wraz z upływem lat, ludzie coraz bardziej lubią świętować rocznice, jakby chcieli ocalić od zapomnienia to co dla nich jest ważne i drogie.

   Dla mnie taką rocznicą jest zawsze data wybuchu Powstania Warszawskiego. 1.08.1944 rok. Dlaczego? 
 Dlatego, że ginęli w nim ludzie bardzo młodzi, pełni ideałów, mający głowy wypełnione wielkim pragnieniem wolnej Ojczyzny, odważni, ofiarni i dumni. Może dlatego, że chciałbym by moi uczniowie i wychowankowie rozumieli, czym było to dramatyczne wydarzenie i nie patrzyli na nie tylko przez pryzmat zniszczonego miasta i liczby ofiar.

Chcieliśmy być wolni i tę wolność zawdzięczać sobie. Czytamy napis wchodząc do Muzeum Powstania Warszawskiego.
Wolność. To słowo chyba oddaje najlepiej istotę tego bohaterskiego zrywu. 
   Pokolenie Powstańców było wychowywane w duchu umiłowania Ojczyzny i wolności, do gotowości oddania za nią życia, a w czasach pokoju do służby Ojczyźnie przez uczciwą i solidną pracę. Nikt nie pytał wtedy, czy warto oddać życie za Ojczyznę, bo to było oczywiste. Jak bardzo wymownym symbolem tamtego czasu jest Pomnik Małego Powstańca w Warszawie.

  Kiedyś przemawiałam na rozpoczęcie roku szkolnego, mając przed sobą wypełnioną po brzegi aulę młodych ludzi. Patrzyłam na nich i myślałam, o tych młodych chłopcach, którzy w ich wieku walczyli z bronią w ręku, o dziewczętach łączniczkach i sanitariuszkach. Powiedziałam im o tym.
  Mówiłam o pamięci historycznej, która jest naszą tożsamością, bo każe nam pamiętać o tych, którzy nas poprzedzili i  położyli swe życie na szali takich wartości jak wolna Ojczyzna: odwaga, męstwo i honor. Czy dla nas one dzisiaj coś znaczą? Kiedy skończyłam zaległa przejmująca cisza. Nie wiem, czy dzisiaj ktoś o tym jeszcze pamięta.  
     Pierwszego sierpnia myślę o bohaterstwie Powstańców Warszawskich i moich uczniach i wychowankach, co dla nich znaczy wolna Ojczyzna, czym jest? 
  I jak im przekazać pamięć o minionych pokoleniach, że warto uczyć się od nich poświęcenia, odwagi i heroizmu. I chociaż słowa te w czasach pokoju mają inne znaczenie, to czy takie postawy nie są konieczne by dobrze przeżyć swoje życie? Może ktoś powie, co za patos! A jednak jestem przekonana, że prawdziwe, wartościowe i sensowne  życie jest naznaczone poświęceniem, ofiarą, a często i heroizmem w codziennych zwykłych sprawach.
 Zwycięstwem, nie zawsze są bitwy wygrane. Zwycięstwem czasami jest przegranie czegoś, aby ocalić godność i wyznawane przez nas wartości. 
 Jestem wdzięczna Powstańcom Warszawskim, za ich zryw, bo przypominają mi, że życie nie jest wartością absolutną i czasem warto oddać je, aby ocalić ducha. 
  Lubię jeździć do Muzeum Powstania Warszawskiego  z młodymi i patrzeć na niektóre twarze ogromnie przejęte tym co widzą, w ten sposób ocalam nadzieję, że pamięć o tym co ważne, przetrwa  w następnych pokoleniach i ofiara Powstańców nie poszła na marne.  

wtorek, 25 lipca 2017

Czas urlopu

   Czas wakacyjny to dobry czas na  jakieś podsumowanie i refleksję, dystans do codzienności, bo chociaż słońca mało, to i tak jest bardzo gorąco, bo wszyscy żyjemy polityką i trudno od niej uciec.

 Trudno uciec od polityki, od problemów bliskich  z którymi spotykamy się przy okazji różnych spotkań urlopowych, gdzie na co dzień nas nie ma .

  Czasami  w czasie urlopu dowiadujemy się o sobie, że nie umiemy odpoczywać i ciągle nas coś w środku pogania i niepokoi, potrzeba czasu aby zwolnić.

 Pośród ważnych spraw, które się dzieją i ludzi, którzy liczą na nas, uczę się marnować czas.

 Aby wrócić do codziennej rzeczywistości, ze spojrzeniem bardziej spokojnym i wyważonym i
 odpowiednim rzeczom, właściwe nadawać znaczenie.

  Dobry czas, czas  powrotu do siebie.

Przepiękna piosenka. Jeśli ktoś nie rozumie tekstu jest w komentarzu Anonima.



poniedziałek, 10 lipca 2017

Urok młodości

     
   Dawno mnie tu nie było, ufam, że czytelnicy nie odpłynęli, (hmm, te kilka osób, to prawdziwa przyjemność). Chociaż statystki stanęły, to dzielnie udaję, że nie zależy mi na nich...

 Byłam na wsi, jak na lato przystało. Na takiej niezwykłej wsi, w Górce Klasztornej, w Wielkopolsce. To  piękne miejsce z Matką Bożą, o które dbają Misjonarze Świętej Rodziny.
 Spotkało się tam sto dwadzieścia młodych ludzi, którzy się modlili i rozmawiali o Bogu, o życiu, o tym w co wierzą, jak wierzą, niektórzy stawiali sobie pytania, jak lepiej i piękniej żyć, inni ładowali baterie na cały rok i było  też miejsce na wspólną zabawę.
   Myślę, że w dzisiejszych czasach bycie razem, rozmawianie, nawiązywanie relacji, wcale nie jest takie proste i trzeba zrobić spory wysiłek, aby ze sobą nawiązać kontakt werbalny, a nie internetowy. 
  Mimo wszechobecnego internetu, z uporem maniaka twierdzę, że człowiek dojrzewa przez żywą relację z drugim człowiekiem, twarzą w twarz, nie internetową, ucząc się drugiego, przebywając z nim.
  Dożyliśmy ciekawych czasów, kiedy bezpośrednie czyli w tzw realu, porozumiewanie się między ludźmi, stało się wyzwaniem i zadaniem, bo wydaje się, że bycie w internecie jest prostsze i łatwiejsze, bo tam zawsze można być kimś innym niż jest się naprawdę, można siebie wykreować, chociażby przez fotki... W  tym tak zwanym realu, kreacja siebie odbywa się do jakiegoś momentu, potem wychodzą nasze lęki, niepewności, agresja ale też dobroć i wrażliwość, w konkretnych sytuacjach ....
 Natomiast w kwestii pytań życiowych, stwierdzam, że one nie podlegają upływowi czasu, takie pytania:  Jak być szczęśliwym, jaki jest sens życia, kim jestem ja, kim jest Bóg? Wciąż są aktualne i na czasie.

  Jedno jest pewne, w internecie czy w realu, młodzi ludzie szukają i pragną Boga, może nawet bardziej niż pokolenie ich rodziców i dziadków, bo my jednak nie mieliśmy takiego zalewu propozycji,  nie musieliśmy się tak bardzo trudzić,poszukiwaniem  odpowiedzi na pytanie gdzie jest prawdziwe Dobro, po której stronie mam stanąć, aby wygrać własne życie, ponieważ  propozycji było mniej... 
 Hm, każde pokolenie ma swoje zadania do wypełnienia. Jak to mawiał Ojciec Święty Jan Paweł II i  swoje Westerplatte, które trzeba obronić i utrzymać, dzisiaj bym jeszcze dodała, że obecne pokolenie musi odnaleźć,  co jest tym Westerplatte, w zalewie pseudowartości.  
    Młodość jest piękna, swoją siłą i chcąc ją dobrze przeżyć młodzi muszą  powalczyć, jednak lepiej się zmagać i żyć naprawdę, niż wegetować oczekując na starość. 
 Było moją wielką radością widzieć tylu młodych i mieć udział w maleńkiej części, ich  zmagania. Dziękuję.

środa, 28 czerwca 2017

Macierzyństwo duchowe


Bycie matką jest czymś pięknym i niepowtarzalnym. Macierzyństwo, fizyczne jest wpisane w naturę kobiety, być może jest jakimś instynktem samozachowawczym, który dąży do podtrzymania gatunku i w takim sensie jesteśmy częścią natury, jednak wydaje się, że to jest za mało.
  Pamiętając, że człowiek jest obrazem Boga, to macierzyństwo jest powołaniem, zadaniem, wezwaniem do świętości. 
  Jednak   nie każdej kobiecie jest dane być matką  z różnych przyczyn, czasem medycznych, czasem z własnego wyboru jako sposobu życia lub z powodu rezygnacji ze względu na życie dla Boga   jak np. Siostry.
   Jeżeli przyjmiemy, że kobieta realizuje się w dwóch wymiarach:  w miłości i macierzyństwie, realizacja zawodowa jest ważna, jednak każda uczciwa kobieta, powie, że nie jest ona konieczna, aby być szczęśliwą. To pojawi nam się pytanie, czy kobiety, które nie rodzą dzieci, są spełnione? 
Myślę, że to zależy w dużej mierze od samej kobiety, od jej podejścia i rozmienia swojego życia.
  I chociaż w kobiecie,żyjącej w małżeństwie, a nie mogącej urodzić dziecka zawsze pozostanie wielka rana nie oznacza to jednak, że nie może być ona szczęśliwa...Chociaż nic nie zastąpi tego braku, wydaje mi się, że jest ona zaproszona do innej formy macierzyństwa. Jakiej?  Na to pytanie musi znaleźć odpowiedź ona sama.
  W kontekście kobiet konsekrowanych ( siostry zakonne) chciałabym przez chwilę zastanowić się nad macierzyństwem duchowym, czym ono jest?
  Macierzyństwo duchowe, aby nie było jakimś substytutem, wymaga dojrzałości osobowej, wyrażającej się w oddawaniu swojego życia innym, bez czynienia wyjątków, wyraża się to, w otwarciu serca dla wszystkich, lubianych i nielubianych w ofiarności, trosce, czułości, zainteresowaniu sprawami innych, bezinteresowności, w umieraniu dla swojego ja, codziennie na nowo.
   Wydaje mi się, że cechy te, w sposób naturalny rozwijają się kiedy kobieta staje się matką i żoną. Natomiast macierzyństwo duchowe, wymaga oparcia się na zdrowym poczuciu własnej wartości, odkryciu wewnętrznego piękna i siły, płynących z rozumienia siebie i szczerej, osobistej, głębokiej więzi z Jezusem. Zakłada ono dawanie  i oddawanie swojego życia, w służbie innym, nie licząc zysków i strat, wydanie siebie dla wielu...
Wypracowywanie w sobie umiejętności pozwalania ludziom przychodzenia i odchodzenia, nikogo nie zatrzymując dla siebie,  dawać życie tzn nadzieję i miłość, odwagę, kochać pomimo.
 Aby rodzić do pełniejszego życia, trzeba samemu żyć Pełnią, czyli być autentycznym przed sobą, ludźmi i Bogiem. Cieszyć się z cieszącymi i płakać z płaczącymi. Zanosić prośby i błagania za tych, którzy o tym nawet nie wiedzą, walczyć modlitwą tam gdzie inni się poddali.... 
   Kiedyś myślałam, że tego jak być matką, nie trzeba się uczyć, po prostu się nią jest, dzisiaj myślę, że samo bycie matką  to za mało, trzeba się ciągle uczyć, na każdym etapie, bycie dobrą matką  fizyczną i duchową oznacza stale na nowo podejmowanie refleksji nad sobą, swoimi słabościami i pracę nad nimi, pytaniem o potrzeby innych i o własne granice i swój świat emocji.
  Tak, macierzyństwo fizyczne i duchowe wymagają życia, w zgodzie ze swoją kobiecością. Macierzyństwo jest istotą kobiecości, jej manifestacją, również duchowe, dlatego siostry nigdy nie przestają być kobietami, tymi które kochają najpierw Jezusa, a w Nim  wszystkich innych.